|
sobota, 12 listopada 2011
Porażkę 0:2 z Włochami we Wrocławiu smutno opisywać w formie tradycyjnego felietonu, gdzie trzeba co krok wypominać błędy a to defensywy, a to Peszki i innych, więc ujęliśmy mecz syntetycznie, zestawiając jego plusy i minusy. Fanom piłki mającym dość krytyki dzisiejszej postawy Biało- Czerwonych, polecamy przeczytanie tylko pierwszej części, tej pozytywnej, którą w pocie czoła udało się jednak sklecić. - Biało- czerwoni stwarzają sobie od pewnego czasu przynajmniej kilka okazji do strzelenia bramki na mecz, nawet w konfrontacjach z takimi rywalami, jak Niemcy czy Włochy.Temperatura krwi potencjalnych egzekutorów jest jednak na razie raczej letnia, cóż,do przyszłego roku musi być lodowata w każdej sytuacji - Stadion miejski we Wrocławiu, który wygląda europejsko, a nawet światowo (przynajmniej na obrazku w TV). Biorąc pod uwagę, że chwilę po meczu stadion był niemal pusty, znaczy, że od strony praktycznej też daje radę. - Obecność Tego, którego miało brakować najbardziej. Orzełek, a można nawet powiedzieć, że spory Orzeł na kurtce Franza Smudy. - Ułańska dusza Rafała Murawskiego, który nie pozwolił, by byle gwiazdor Manchesteru City mu w kaszę dmuchał. Pokazał, że jest nie w ciemię bity - Zmiana pokoleniowa wśród ekspertów TVP.
Minusy: - Apatia naszych zawodników po utracie drugiego gola. Zespół, który ma aspirację do odegrania roli innej, niż epizodyczna na Euro, musi dawać z siebie maksimum przez całe spotkanie. Nie mamy wielu gwiazd, wiec naszą siła powinna być drużyna jako całość. Franciszek Smuda cały czas powtarza, że jego piłkarze mają grać zawsze tak, jakby był to finał mistrzostw. Z taką ambicją i wolą walki jak dzisiaj, to można grać jedynie o mistrzostwo klasy A (nie mylić z Serie A). - Wojtek Szczęsny jest z pewnością przyszłością naszej reprezentacji, ale mógł w momencie strzału Balotelliego nie rozpamiętywać "fifowej" porażki z Jackiem Wilsherem, tylko ustawić się znacznie lepiej. - Brak lidera, za którego absolutnie nie można dziś było uznać, błyskotliwego w ostatnich meczach w reprezentacji, Kuby Błaszczykowskiego. - Kosmiczna dysproporcja w porównaniu skrzydeł Polaków; mimo bezbarwności Kuby i dobrego, lecz nie genialnego meczu Piszczka, ciężko jest nam wskazać jakiekolwiek atuty ich vis a vis z drugiej strony boiska. Peszko z Wawrzyniakiem tworzą jedną z najbardziej parszywych lewych flanek w Europie, pomimo tego, że na papierze wyglądają na co najmniej przyzwoitych. Niestety, boisko weryfikuje ten pogląd na ich niekorzyść. - Głowacki to tykająca bomba, która wybuchnie pewnie już w którymś z meczy grupowych na Euro ; brakuje nam jednak klasowego zmiennika dla pana Arkadiusza, więc liczmy na to, że chociaz Perquis zagra w przyszłym roku życiowy turniej - Gra Murawskiego i wynik jego hipotetycznej potyczki z Balotellim - po świetnym meczu z Legią oczekiwania wobec niego były nieco wyższe - Poziom kibicowania na stadionie. Fani kadry skupili sie dzisiaj na obelgach pod adresem PZPNu. Co w sumie może i jest zrozumiałe, natomiast na pewno nie zachęcało do lepszej gry kadrowiczów. Oni tego dopingu dzisiaj potrzebowali. Być może dzięki temu daliby z siebie więcej? Jak na kilkadziesiąt tysięcy ludzi, było cicho. Przyśpiewek też prawie żadnych. Najbardziej skomplikowane, które sie udawało, to: "Polska Biało Czerwoni!". Skoro na koszulkach zabrakło Orła, to kibice powinni dodać skrzydeł. Być może Wrocławianie się jeszcze nie przyzwyczaili do nowego stadionu? - Czytelność zagrań w ataku pozycyjnym i przegranie niemal każdej meczowej statystyki z Włochami ( z wyjątkiem fauli i rzutów rożnych) - Zachowanie się sędziego bocznego przy drugim golu dla naszych rywali; owszem , dziś nie zasłużyliśmy na zwycięstwo, ale nasza drużyna „usiadła” po właśnie po drugim trafieniu bardzo widocznie - Pan Boniek , który chociaż z Włochami jest za pan brat, dziś komentował spotkanie dla telewizji RAI i najadł się pewnie trochę wstydu za postawę naszych piłkarzy w drugiej odsłonie
środa, 09 listopada 2011
Polska Rzeczpospolita Ludowa. Puste półki w sklepach. Żywność na kartki. Problem, by dostać cokolwiek prócz octu. Generalnie obraz biedy i nędzy. W tej szarej rzeczywistości wyróżniały się, niczym neonowe szyldy w miastach po zmroku, Pewexy. Namiastka Zachodu. Za dolary można było dostać w nich praktycznie wszystko. Fetysz i luksus. Koniec marki Pewex w Polsce nastał dopiero w 2003 roku (ciekawostką jest fakt, że aktualnie we Włoszech działa sieć supermarketów o tej samej nazwie, która wykorzystuje nawet PRL-owski logotyp). Właśnie takiego, bezmyślnego kopiowania zachodnich wzorców, dopuścili się działacze PZPN, przy wyborze nowych strojów kadry. Wyszli z założenia, że skoro inne europejskie reprezentacje grają bez herbu narodowego, to my też możemy. Widocznie taka moda, a przy tym świetna okazja do zareklamowania swojego związku. Tylko, że herby innych związków piłkarskich bardziej utożsamiają się z krajem, który reprezentują. Kogut na trykocie Francuzów, czy Trzy Lwy na koszulkach Anglików niosą ze sobą jakieś patriotyczne przesłanie bądź co bądź, czego nie można powiedzieć o logotypie PZPN, które jest hybrydą piłki i orła. Dochodzimy do kuriozalnej sytuacji, w której eliminujemy z gry polski symbol narodowy, który istniał na reprezentacyjnych strojach od pierwszego międzypaństwowego spotkana w 1921.
Nawet we wspomnianym okresie PRLu pozostawiono Orła w spokoju. Towarzyszył on polskim piłkarzom na wszystkich ważnych turniejach. Wpisał się w tradycję. Każdy młody piłkarz marzył, żeby kiedyś zagrać z Orłem na piersi. Często widzimy jak zawodnicy po zdobyciu gola całują herb na koszulkach, co jest wyrazem szacunku dla swojego kraju... Cóż, teraz będziemy grali ku chwale PZPN.
poniedziałek, 07 listopada 2011
Istnieje pewna anegdota obrazująca chaos deterministyczny. Brzmi ona mniej więcej tak: Trzepot skrzydeł motyla w Nowym Jorku może po kilku dniach spowodować tsunami w Tokio. Brzmi jak sciene-fiction, ale teoria całkiem ciekawa. Jej twórcą był niejaki Edward Lorenz, który zajmował się meteorologią. Dowiódł dzięki temu miedzy innymi dlaczego niemożliwe jest prawidłowe prognozowanie pogody na więcej niż kilka kolejnych dni… tyle, że co to ma wspólnego ze sportem? To nietypowe wprowadzenie nawiązuje do ciekawej wypowiedzi Jacka Zielińskiego w dzisiejszym Cafe Futbol. Powiedział on mniej więcej coś takiego, że w piłce nożnej między chwałą a klęską istnieje bardzo cienka granica. Odniósł się tym samym do sytuacji Legii Warszawa i jej trenera Macieja Skorży. W tamtym sezonie prowadzony przez Skorżę stołeczny klub, spisywał się poniżej oczekiwań. Zawodził w lidze, grał niemrawo. Udało się jednak Legionistom sezon uratować dzięki zdobyciu Pucharu Polski. Mimo wszystko pozycja Skorży była nieciekawa. Swego czasu był już na etapie pakowania walizek i zamawiania wczasów na Chalkidiki. Koniec końców posadę jednak uratował. Dziś jest bohaterem. Dziennikarze na konferencji prasowej po meczu witają go burzą oklasków. W pełni na to zasłużył. Zapewnienie awansu do 1/16 finału LE na 2 kolejki przed zakończeniem fazy grupowej, to wielka sprawa. Chapeau bas Trenerze! Wystarczyłaby jednak tylko jedna decyzja sędziego na Łużniakach w meczu Legii ze Spartakiem, a wszystko pękło by jak mydlana bańka. Gdyby arbiter podyktował rzut karny za faul Rzeźniczaka, kto wie jak potoczyłyby się losy Legii i jej trenera. Czy moglibyśmy się teraz nadal zachwycać warszawską drużyną? Niedawno czytałem wywiad z Maciejem Żurawskim, w którym wyznał, że w swojej karierze najbardziej żałuje niewykorzystanej sytuacji w meczu z Lazio w 2003 roku, w rewanżowym meczu w Krakowie. Tamta Wisła mogła namieszać w Europie i Żurawski to czuł. Kto wie, być może uciekł wtedy Wiślakom finał Pucharu UEFA? Przecież zespół, który ogrywał 4-1 Schalke w Gelsenkirchen mógł tego dokonać, tak samo jak Lech mógł dotrzeć rok temu do finału Ligi Europy. Skoro Braga mogła, to dlaczego nie Lech? Gdyby piłka w ostatniej minucie meczu, na stadionie w Portugalii, nie zatrzymała się na poprzeczce po strzale Wilka... Kto wie. Gdybać można dalej. Historia takich sytuacji pamięta wiele. Czy gdyby nie bagno zamiast murawy w 74’, to teraz mielibyśmy w dorobku Mistrzostwo Świata? Możliwe. I w końcu, czy gdyby Wisła nie straciła bramki w końcówce meczu z Apoelem, to przegrałaby dziś z Cracovią? Czy gdyby Ailton w 87 minucie spudłował, to Biała Gwiazda grałaby w Lidze Mistrzów równie katastrofalnie co teraz w Lidze Europy? Czy może wręcz przeciwnie? Być może teraz Maaskant byłby bohaterem, a nie szykowanym do ścięcia przedstawicielem holenderskiej myśli szkoleniowej? Ktoś mądry powiedział kiedyś, że na wysokim poziomie o powodzeniu decydują niuanse. To jest ta owa cienka linia oddzielająca sukces od klęski, po której stąpając, kluczowe może okazać się przysłowiowe wahnięcie skrzydeł. Jednak by decydowały szczegóły najpierw trzeba wskoczyć na international level, na który Wisła w tym sezonie nie wskoczyła. Bo futbol to nie tylko szczęście, to przede wszystkim umiejętności. Ot holenderski kaprys historii.
niedziela, 10 lipca 2011
"Polska stała się trendy, wręcz sexy" - to opinia, która kończy jeden z artykułów o naszym kraju we włoskim dzienniku La Stampa. Opinia bardzo pochlebna, zresztą jak i cały artykuł. Redaktor turyńskiej gazety komplementuje polską gospodarkę, docenia ambicję Polaków, zwraca uwagę, że "co dziesiąty student w Europie to Polak", jednocześnie zaznacza, że nasz kraj jest "największym placem budowy w Europie". W prasie zagranicznej podobnych artykułów o Polsce można znaleźć całkiem sporo, tym bardziej, iż 1 lipca nasz nadwiślański kraj objął przewodnictwo w Unii Europejskiej. Pojawiła się więc dobra okazja, aby przyjrzeć się bliżej państwu, które niegdyś należało do bloku wschodniego, a teraz stało się politycznym centrum Starego Kontynentu. Mamy swoje 5 minut i warto je dobrze wykorzystać. Do niedawna jeszcze panował na świecie stereotyp Polski, jako kraju zacofanego, w którym złodzieje grasują od rana, a zamiast angielskiej "earl grey" pije się codziennie tanią wódkę. Dość powiedzieć, że przechadzając się po ulicach w Niemczech można było w rozmowie potocznej wychwycić ironiczne określenie "polnische Wirtschaft"(polskie gospodarzenie), co było synonimem niegospodarności, brudu, braku planowania i manier. Czasy się zmieniają i Polska sie zmienia. Nasz kraj przeszedł pozytywną transformację i jest postrzegany w Europie i na Świecie coraz lepiej. Stare porzekadło mówi: "jak cię widzą, tak cię piszą", i zdaje się, że za granicą widzą nas już całkiem nieźle. Nawet Włosi, którzy zajadle krytykowali na początku wybór Polski i Ukrainy na gospodarza EURO 2012 zmieniają swój pogląd. Owe Mistrzostwa Europy, które odbędą się już za rok, będą dla nas swoistym egzaminem dojrzałości, zarówno tym organizacyjnym jak i sportowym. Obawy są, jak to przed każdym tego typu testem. Szczególnie w tym drugim aspekcie wydają się być uzasadnione. Jednak o sprawy organizacyjne jestem dość spokojny. Jak napisałem wcześniej, Polska jest od kilku dni politycznym centrum Europy, ale na sportowej mapie jesteśmy istotnym miejscem już od dłuższego czasu.
Całkiem niedawno zakończyły się rozgrywane na terenie naszego kraju Mistrzostwa Europy w koszykówce kobiet, a w roku 2009 gościliśmy na Eurobaskecie reprezentacje panów. Dwa lata po EURO 2012 staniemy się areną MŚ w siatkówce mężczyzn, jesteśmy "mekką" żużla. Co roku zjeżdżają do nas najlepsi kolarze na Tour de Pologne, a przecież w Polsce jest jeszcze rozgrywanych szereg mniejszych imprez rangi międzynarodowej. Żeby nie było tak różowo i pięknie, trzeba przyznać, że Eurobasket w 2009 roku zebrał słabe noty i wytknięto mu sporo niedociągnięć organizacyjnych. Jednak po Eurobaskecie kobiet, które odbyły się w czerwcu tego roku, już podobnych uwag nie było, czyli potrafiliśmy przyjąć krytykę, uderzyć się w piersi i poprawić to, co za pierwszym razem zawiodło. Na pewno istotnym problemem wciąż są kibole na stadionach. Pomimo, iż polscy kibice potrafią stworzyć kapitalną atmosferę, to jednak cały czas jest margines osób, który ową idyllę burzy. Nie jest idealnie, ale nigdzie tak nie jest. Nawet na Mundialu w Niemczech były drobne problemy. Pozostaje więc mieć nadzieję, że w przyszłym roku o tej porze, moda na Polskę nie stanie się przeżytkiem, a nasza reprezentacja piłkarska nie przyniesie nam wstydu (i o to ostatnie się martwię).
piątek, 08 lipca 2011
Jaga odpadła z Ligi Europejskiej. Trzeba przyznać, że oryginalnego scenariusza piłkarze z Białegostoku dla nas, kibiców, nie przygotowali- szybkie pożegnanie z pucharami z anonimową drużyną to w ostatnich latach dla polskich drużyn chleb powszedni. O tym pisał już jednak wczoraj Kamil i wszystkie sportowe portale i nie chcę się powtarzać. Cały czas jednak martwi mnie to, że chyba nikt nie wie, kiedy i czy w ogóle Polska dogoni pod względem sportowym Zachód i, powiedzmy to sobie szczerze, Wschód , chociażby na tyle skutecznie, jak robi to konsekwentnie od ładnych kilku lat na polu finansowym?Wpis dojrzewał w mojej głowie już od stosunkowo długiego czasu, dzisiaj jednak nabrał ostatecznych kształtów, gdy czytałem opinie o wczorajszym spotkaniu z Kazachami oraz wywiad z Kamilem Kosowskim, który po zagranicznych wojażach wraca do ekstraklasy i wypowiada się na temat m.in. kondycji Wisły Kraków tej dzisiejszej, oraz z czasów jej sukcesów. Przejrzałem też liczby dotyczące budżetów polskich klubów na przestrzeni ostatnich lat i doszedłem do tytułowego wniosku – w polskim futbolu kilka lat temu rozpoczęła się finansowa rewolucja, która idzie w parze ze sportową ewolucją, rodzącą się w bólach, a dla większości śmiertelników- niewidoczną.
Wielkimi krokami zbliża się EURO 2012. Wszedzie widzimy zdjęcia powstających, coraz piękniejszych stadionów, rozwoju infrastruktury i podobnych zabiegów. O polskiej piłce jest głośno- mamy w telewizji publicznej kilka najciekawszych meczy ekstraklasy w roku , puchar, europejskie zmagania też możemy jako tako śledzić. Kluby zatrudniają szkoleniowców z zachodu, transfery opiewają na coraz wyższe sumy, na zarobki polscy kopacza też nie mają co narzekać (patrz- prawie 3 mln zł. rocznie dla Smolarka). Pojawiają się bogaci biznesmeni, inwenstujący w piłkę z pasji bądź chęci zysku, na trybynach zasiada sporo kibiców i generalnie wszystko pod tym względem idzie do przodu. Aby nie narazić się na oskarżenie, że rzucam frazesami, rzucę kilkoma ciekawymi liczbami: - w sezonie 2010/2011 wstępne plany zakładały, że wszystkie kluby ekstraklasy będą mogły wydać 457 milionów złotych, czyli 23% więcej, niż w sezonie ubiegłym – trzy najwyższe budżety należały do Legii- 65 mln, Lech- 60 mln i Wisła- 55 mln złotych. - 125 milonów złotych to kwota, jaką otrzymały polskie kluby za prawa do transmisji telewizyjnychm przy czym te najsłabsze i najmniej popularne zarobiły od 4-5 mln złotych za sezon - 50 milionów to kwota, jaką kluby mogły przeznaczyć na transfery - w ubiegłym sezonie padły też dwa rekordy transferowe – najdroższy piłkarz spoza ligi – kupno Ivicy Vrodljaka przez Legię oraz opiewający na najwyższą kwotę transfer wewnątrz ligi przejście Artura Sobiecha do Polonii; obydwie kwoty oscylowały w okolicach 4 mln złotych - na budowę i modernizację stadionów przeznaczono, bagatela, 6 miliardów! złotych Dane pochodzące z „Przeglądu sportowego” pokazują jasno, że obracamy w piłce coraz większymi sumami, co nie przekłada się jednak na lepsze wyniki sportowe, poza odosobnionymi wyjątkami typu nasza ostatnia nadzieja ostatnich czasów, że nie jest tak tragicznie – Lech. Poziom ligi bez wątpienia wzrósł, ale na zewnątrz nie owocuje to dobrą opinią o naszych graczach, a ich emigracja to dalej pojedyncze głośne przypadki ( Mierzejewski, Lewandowski). Liczby znalazłem w „Przeglądzie..”, sądzę jednak, że nie tylko ja pamiętam czasy, w których budżety klubów nizin Ekstraklasy wynosiły ok. połowy kwoty z samych dzisiejszych wpływów z transmisji , a Wisła z budżetem ok. 30 milionów zł. budziła zazdrość pozostałych klubów naszej najwyższej klasy rozgrywkowej. Każdy realista wie, że te cyferki w zderzeniu z horrendalnymi wydatkami klubów hiszpańskich, angielskich etc. wypada blado, tyle że zauważmy, że o przegrane z Barceloną czy Realem nikt do Krakowian nie miał pretensji. Na zakończenie zacytuję kilka zdań z wywiadu, o którym wspomniałem na początku, w którym Kamil Kosowski rozmawia z Sebastianem Staszewskim z DZ : „(…) my nie przegrywaliśmy z Levadią Tallin. My pokonaliśmy Inter, Panathinaikos, Parmę, Schalke 04, walczyliśmy z Barcą czy z Lazio!” „-Wydaje się, że Wisła Roberta Maaskanta ma w końcu sporą szansę na awans do wymarzonej Champions League? -Paradoks, co? Dla mnie ta Wisła jest najsłabszą, jaką widziałem w ciągu ostatnich 10 lat -Mocne. - Prawdziwe. Wisła wygrała tę ligę, bo grała najrówniej, a rywale sami zabierali sobie punkty.(…) Styl , piłkarze… To nie jest to samo.” - Da się porównać pana Wisłę z Wisłą trenera Maaskanta? - Porównać Wisłę, której miałem przyjemność być kapitanem, do tej obecnej byłoby…niesmaczne”
Może wydawać się, że Kosowski wypowiada się w sposób pyszałkowaty, lecz zacytowałem tylko na potrzeby wpisu fragmenty tej rozmowy. Uważam, że opinia jednego z najbardziej utalentowanych polskich piłkarzy ostatnich lat, który na niejednym europejskim boisku kopał piłkę, może zmusić kogoś do zastanowienia. Tym bardziej, że faktycznie Wisłę ciężko porównać do dawnej Białej Gwiazdy, mimo lepszej sytuacji materialnej, a to w końcu nasz mistrz kraju ostatniego sezonu. A Irtysz pokonał lidera rundy jesiennej. Piłkarski świat nie stoi w miejscu, a w piłce, mimo iż niektórzy śmieją się z tego zdania, nie ma już ewidentnie łatwych zwycięstw. Szkoda jednak, że kiedy już ruszyliśmy inni wciąż idą szybciej od nas. P.S Wpis pesymistyczny, wybiórczy – po piłka to milion innych czynników oprócz kasy, ale szczerze mam nadzieję, że dobrze wyglądający w sparingach, wzmacniający się Śląsk, Legia i w końcu Wisła, nie aż tak chyba fatalna, jak twierdzi Kosowski, pokażą, że progres następuje. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi zawodowców
Ciekawie o sporcie
Pamiętaj skąd przybyłeś ;)
Polecamy
Współpracujemy z: Minitwitter: Kontakt: Statystyki:
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||