|
środa, 02 maja 2012
Arsene Wenger w wywiadzie dla gazety "Futbol" powiedział o tym zawodniku: Był (...) cudownym piłkarzem, ze wspaniałym instynktem do strzelania goli. Miał to, co lubię u graczy. Umiał być częścią zespołu i zdobywać bramki. Mowa o Tomaszu Frankowskim. Piłkarzu, który mimo 37 lat na karku strzela w polskiej Ekstraklasie jak na zawołanie. Piłkarzu, który postanowił sobie dla frajdy, że zapisze się w annałach rodzimej piłki ligowej, wdrapując się do czołówki klasyfikacji najlepszych strzelców polskiej ekstraklasy w całej jej historii. Piłkarzu niespełnionym. Jego kariera pełna była wzlotów i upadków. Zanim zdobył swoją pierwszą koronę króla strzelców w Ekstraklasie (mając 24 lata), do swojego piłkarskiego CV mógł już wpisać trzy kluby francuskie i jeden japoński. Nie były to jednak drużyny pokroju PSG czy Olympique Lyon, tylko RC Strasbourg, Nagoya Grampus Eight, Poitiers FC oraz FC Martigues. Była to raczej ciężka szkoła życia, niż światowe salony, chociaż... do japońskiej Nagoyi ściągnął go, wspomniany wcześniej, Arsene Wenger, który kilka lat później stał się Bossem w londyńskim Arsenalu. Po 7 latach nieurodzaju nadeszło 7 lat obfitości w krakowskiej Wiśle. Przez długi okres czasu nie potrafił jednak przekonać do siebie kolejnych selekcjonerów. W końcu większą szansę w 2004 roku dał mu Paweł Janas, a ten odpłacił się świetną grą i workiem goli. W mundialowych eliminacjach zdobył ich 7 i ... karta znowu się odwróciła. Na MŚ do Niemiec "Franek" nie pojechał. Ówczesny selekcjoner w telewizyjnym show ogłosił swoją kadrę na mistrzostwa, w której zabrakło miejsca dla Frankowskiego. W kolejnych sezonach "Łowca bramek" (jak nazwali go kibice) nie potrafił się odnaleźć. W swoim CV postanowił więc dopisać jeszcze kluby z Hiszpanii, Anglii i Stanów Zjednoczonych. Także i tym razem nie były to wielkie marki.
Tomasz Frankowski w reprezentacji - 22 mecze/10 goli. Postscriptum? Postscriptum: Nie będzie postscriptum. Szkoda.
niedziela, 01 kwietnia 2012
Włoska prasa kilka dni temu pisała o zainteresowaniu Interu Mediolan Łukaszem Piszczkiem. Według naszych informacji Łukasz już porozumiał się z włodarzami włoskiego klubu i od przyszłego sezonu będzie reprezentował barwy Nerazzurrich. Klub z Mediolanu ma ponoć zapłacić za naszego reprezentanta 9 mln euro. Pytanie tylko, czy to dobra decyzja, bo Inter jest aktualnie tylko cieniem zespołu, który kilka lat temu wygrał Ligę Mistrzów... PS. To oczywiście primaaprilisowy żart. Póki co Łukasz nie zmienia klubowych barw, ale kto wie co przyniesie przyszłość... :)
sobota, 12 listopada 2011
Porażkę 0:2 z Włochami we Wrocławiu smutno opisywać w formie tradycyjnego felietonu, gdzie trzeba co krok wypominać błędy a to defensywy, a to Peszki i innych, więc ujęliśmy mecz syntetycznie, zestawiając jego plusy i minusy. Fanom piłki mającym dość krytyki dzisiejszej postawy Biało- Czerwonych, polecamy przeczytanie tylko pierwszej części, tej pozytywnej, którą w pocie czoła udało się jednak sklecić. - Biało- czerwoni stwarzają sobie od pewnego czasu przynajmniej kilka okazji do strzelenia bramki na mecz, nawet w konfrontacjach z takimi rywalami, jak Niemcy czy Włochy.Temperatura krwi potencjalnych egzekutorów jest jednak na razie raczej letnia, cóż,do przyszłego roku musi być lodowata w każdej sytuacji - Stadion miejski we Wrocławiu, który wygląda europejsko, a nawet światowo (przynajmniej na obrazku w TV). Biorąc pod uwagę, że chwilę po meczu stadion był niemal pusty, znaczy, że od strony praktycznej też daje radę. - Obecność Tego, którego miało brakować najbardziej. Orzełek, a można nawet powiedzieć, że spory Orzeł na kurtce Franza Smudy. - Ułańska dusza Rafała Murawskiego, który nie pozwolił, by byle gwiazdor Manchesteru City mu w kaszę dmuchał. Pokazał, że jest nie w ciemię bity - Zmiana pokoleniowa wśród ekspertów TVP.
Minusy: - Apatia naszych zawodników po utracie drugiego gola. Zespół, który ma aspirację do odegrania roli innej, niż epizodyczna na Euro, musi dawać z siebie maksimum przez całe spotkanie. Nie mamy wielu gwiazd, wiec naszą siła powinna być drużyna jako całość. Franciszek Smuda cały czas powtarza, że jego piłkarze mają grać zawsze tak, jakby był to finał mistrzostw. Z taką ambicją i wolą walki jak dzisiaj, to można grać jedynie o mistrzostwo klasy A (nie mylić z Serie A). - Wojtek Szczęsny jest z pewnością przyszłością naszej reprezentacji, ale mógł w momencie strzału Balotelliego nie rozpamiętywać "fifowej" porażki z Jackiem Wilsherem, tylko ustawić się znacznie lepiej. - Brak lidera, za którego absolutnie nie można dziś było uznać, błyskotliwego w ostatnich meczach w reprezentacji, Kuby Błaszczykowskiego. - Kosmiczna dysproporcja w porównaniu skrzydeł Polaków; mimo bezbarwności Kuby i dobrego, lecz nie genialnego meczu Piszczka, ciężko jest nam wskazać jakiekolwiek atuty ich vis a vis z drugiej strony boiska. Peszko z Wawrzyniakiem tworzą jedną z najbardziej parszywych lewych flanek w Europie, pomimo tego, że na papierze wyglądają na co najmniej przyzwoitych. Niestety, boisko weryfikuje ten pogląd na ich niekorzyść. - Głowacki to tykająca bomba, która wybuchnie pewnie już w którymś z meczy grupowych na Euro ; brakuje nam jednak klasowego zmiennika dla pana Arkadiusza, więc liczmy na to, że chociaz Perquis zagra w przyszłym roku życiowy turniej - Gra Murawskiego i wynik jego hipotetycznej potyczki z Balotellim - po świetnym meczu z Legią oczekiwania wobec niego były nieco wyższe - Poziom kibicowania na stadionie. Fani kadry skupili sie dzisiaj na obelgach pod adresem PZPNu. Co w sumie może i jest zrozumiałe, natomiast na pewno nie zachęcało do lepszej gry kadrowiczów. Oni tego dopingu dzisiaj potrzebowali. Być może dzięki temu daliby z siebie więcej? Jak na kilkadziesiąt tysięcy ludzi, było cicho. Przyśpiewek też prawie żadnych. Najbardziej skomplikowane, które sie udawało, to: "Polska Biało Czerwoni!". Skoro na koszulkach zabrakło Orła, to kibice powinni dodać skrzydeł. Być może Wrocławianie się jeszcze nie przyzwyczaili do nowego stadionu? - Czytelność zagrań w ataku pozycyjnym i przegranie niemal każdej meczowej statystyki z Włochami ( z wyjątkiem fauli i rzutów rożnych) - Zachowanie się sędziego bocznego przy drugim golu dla naszych rywali; owszem , dziś nie zasłużyliśmy na zwycięstwo, ale nasza drużyna „usiadła” po właśnie po drugim trafieniu bardzo widocznie - Pan Boniek , który chociaż z Włochami jest za pan brat, dziś komentował spotkanie dla telewizji RAI i najadł się pewnie trochę wstydu za postawę naszych piłkarzy w drugiej odsłonie
środa, 09 listopada 2011
Polska Rzeczpospolita Ludowa. Puste półki w sklepach. Żywność na kartki. Problem, by dostać cokolwiek prócz octu. Generalnie obraz biedy i nędzy. W tej szarej rzeczywistości wyróżniały się, niczym neonowe szyldy w miastach po zmroku, Pewexy. Namiastka Zachodu. Za dolary można było dostać w nich praktycznie wszystko. Fetysz i luksus. Koniec marki Pewex w Polsce nastał dopiero w 2003 roku (ciekawostką jest fakt, że aktualnie we Włoszech działa sieć supermarketów o tej samej nazwie, która wykorzystuje nawet PRL-owski logotyp). Właśnie takiego, bezmyślnego kopiowania zachodnich wzorców, dopuścili się działacze PZPN, przy wyborze nowych strojów kadry. Wyszli z założenia, że skoro inne europejskie reprezentacje grają bez herbu narodowego, to my też możemy. Widocznie taka moda, a przy tym świetna okazja do zareklamowania swojego związku. Tylko, że herby innych związków piłkarskich bardziej utożsamiają się z krajem, który reprezentują. Kogut na trykocie Francuzów, czy Trzy Lwy na koszulkach Anglików niosą ze sobą jakieś patriotyczne przesłanie bądź co bądź, czego nie można powiedzieć o logotypie PZPN, które jest hybrydą piłki i orła. Dochodzimy do kuriozalnej sytuacji, w której eliminujemy z gry polski symbol narodowy, który istniał na reprezentacyjnych strojach od pierwszego międzypaństwowego spotkana w 1921.
Nawet we wspomnianym okresie PRLu pozostawiono Orła w spokoju. Towarzyszył on polskim piłkarzom na wszystkich ważnych turniejach. Wpisał się w tradycję. Każdy młody piłkarz marzył, żeby kiedyś zagrać z Orłem na piersi. Często widzimy jak zawodnicy po zdobyciu gola całują herb na koszulkach, co jest wyrazem szacunku dla swojego kraju... Cóż, teraz będziemy grali ku chwale PZPN.
poniedziałek, 07 listopada 2011
Istnieje pewna anegdota obrazująca chaos deterministyczny. Brzmi ona mniej więcej tak: Trzepot skrzydeł motyla w Nowym Jorku może po kilku dniach spowodować tsunami w Tokio. Brzmi jak sciene-fiction, ale teoria całkiem ciekawa. Jej twórcą był niejaki Edward Lorenz, który zajmował się meteorologią. Dowiódł dzięki temu miedzy innymi dlaczego niemożliwe jest prawidłowe prognozowanie pogody na więcej niż kilka kolejnych dni… tyle, że co to ma wspólnego ze sportem? To nietypowe wprowadzenie nawiązuje do ciekawej wypowiedzi Jacka Zielińskiego w dzisiejszym Cafe Futbol. Powiedział on mniej więcej coś takiego, że w piłce nożnej między chwałą a klęską istnieje bardzo cienka granica. Odniósł się tym samym do sytuacji Legii Warszawa i jej trenera Macieja Skorży. W tamtym sezonie prowadzony przez Skorżę stołeczny klub, spisywał się poniżej oczekiwań. Zawodził w lidze, grał niemrawo. Udało się jednak Legionistom sezon uratować dzięki zdobyciu Pucharu Polski. Mimo wszystko pozycja Skorży była nieciekawa. Swego czasu był już na etapie pakowania walizek i zamawiania wczasów na Chalkidiki. Koniec końców posadę jednak uratował. Dziś jest bohaterem. Dziennikarze na konferencji prasowej po meczu witają go burzą oklasków. W pełni na to zasłużył. Zapewnienie awansu do 1/16 finału LE na 2 kolejki przed zakończeniem fazy grupowej, to wielka sprawa. Chapeau bas Trenerze! Wystarczyłaby jednak tylko jedna decyzja sędziego na Łużniakach w meczu Legii ze Spartakiem, a wszystko pękło by jak mydlana bańka. Gdyby arbiter podyktował rzut karny za faul Rzeźniczaka, kto wie jak potoczyłyby się losy Legii i jej trenera. Czy moglibyśmy się teraz nadal zachwycać warszawską drużyną? Niedawno czytałem wywiad z Maciejem Żurawskim, w którym wyznał, że w swojej karierze najbardziej żałuje niewykorzystanej sytuacji w meczu z Lazio w 2003 roku, w rewanżowym meczu w Krakowie. Tamta Wisła mogła namieszać w Europie i Żurawski to czuł. Kto wie, być może uciekł wtedy Wiślakom finał Pucharu UEFA? Przecież zespół, który ogrywał 4-1 Schalke w Gelsenkirchen mógł tego dokonać, tak samo jak Lech mógł dotrzeć rok temu do finału Ligi Europy. Skoro Braga mogła, to dlaczego nie Lech? Gdyby piłka w ostatniej minucie meczu, na stadionie w Portugalii, nie zatrzymała się na poprzeczce po strzale Wilka... Kto wie. Gdybać można dalej. Historia takich sytuacji pamięta wiele. Czy gdyby nie bagno zamiast murawy w 74’, to teraz mielibyśmy w dorobku Mistrzostwo Świata? Możliwe. I w końcu, czy gdyby Wisła nie straciła bramki w końcówce meczu z Apoelem, to przegrałaby dziś z Cracovią? Czy gdyby Ailton w 87 minucie spudłował, to Biała Gwiazda grałaby w Lidze Mistrzów równie katastrofalnie co teraz w Lidze Europy? Czy może wręcz przeciwnie? Być może teraz Maaskant byłby bohaterem, a nie szykowanym do ścięcia przedstawicielem holenderskiej myśli szkoleniowej? Ktoś mądry powiedział kiedyś, że na wysokim poziomie o powodzeniu decydują niuanse. To jest ta owa cienka linia oddzielająca sukces od klęski, po której stąpając, kluczowe może okazać się przysłowiowe wahnięcie skrzydeł. Jednak by decydowały szczegóły najpierw trzeba wskoczyć na international level, na który Wisła w tym sezonie nie wskoczyła. Bo futbol to nie tylko szczęście, to przede wszystkim umiejętności. Ot holenderski kaprys historii. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi zawodowców
Ciekawie o sporcie
Pamiętaj skąd przybyłeś ;)
Polecamy
Współpracujemy z: Minitwitter: Kontakt: Statystyki:
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||